Rodzinne święta.

Zanim przeprowadziłem się do Korei obchody lunarnego nowego roku kojarzyły mi się tylko i wyłącznie z Chinami. Wielkie festifale kolorowych smoków na ulicach chińskich miast, tańce, parady i lampiony. W Chinach to święto nazywa się Świętem Wiosny, lub też Festiwalem Wiosennym.

Tradycyjne obchody Księżycowego Nowego Roku w Chinach.

W Korei obchodzone jest zupełnie inaczej. Seollal, czyli Dzień Słońca, a dokładnie Nowy Rok według kalendarza księżycowego to największe tutaj święto obchodzone, mniej lub bardziej tradycyjnie, w zaciszu domowym przez wszystkich obywateli Korei.

W tym roku, roku Konia (zobacz wpis: Księżycowy kalendarz), Seollal przypadł na Piątek 31 stycznia. Wielu Koreańczykom, jak i mnie było to bardzo na rękę, ponieważ dzień przed Nowym Rokiem jest również wolny, co wraz z weekendem dawało aż 4 dni długiego weekendu. Noworoczne święto to również czas największych w Korei migracji wewnątrz kraju. By spędzić święta z rodziną ludzie przemierzają półwysep z północy na południe i z południa na północ , co powoduje niezwykłe zatłoczenie na dworcach kolejowych, autobusowych, lotniskach a przede wszystkim autostradach (zobacz wpis: Długi weekend).

W tym roku, ja również udałem się by spędzić święta z moją przyszywaną koreańską rodziną. 30 stycznia wsiadłem w samolot lini Asiana i w niecałe 40 min byłem już na lotnisku w Gwangju. Nie musiałem długo czekać by poczuć klimat tego miasta w południowej prowincji Jeolla. Od razu po wsiąściu do taksówki spotkałem się z charakterystyczną dla tego regionu gwarą/dialektem.

W domu mojego przyjaciela w południe tego samego dnia zebrała się cała rodzina. Przez cały dzień kobiety gotowały i smażyły specjalnego rodzaju placki, zwane „jeon” (małe placuszki z różnego rodzaju składników: wołowiny, ryb, owoców morza, warzyw). Mężczyźni spędzali czas na piciu ryżowego wina makkeoli i debatowaniu o bierzących sprawach. Jednak największe rytuały z Seollal odbyły się następnego dnia.

Obudziliśmy się około godz. 8:00 rano, z małej spiżarni dużego mieszkania jeden z kuzynów mojego przyjaciela wyciągnął 3 małe, któtkonogie, drewaniane stoliki i ustawił w jednym rzędzie pod oknem. Później przyniósł spory karton, z którego powyciągał drewaniane podstawki na nóżkach, które również w określony sposób poukładał na stole. Wujkowie wraz z młodszymi kuzynami zaczęli przynosić jedzenie na białych spodkach. Były to: suszone w całości ryby, wcześniej usmażone placki „jeon”, ciasteczka ryżowe „ddeok”, gotowany w całości (z głową) kurczak, zaprawione warzywa, ryż, zupę na bazie klusek ryżowych wołowiny i ostryg „ddeokguk” oraz owoce (nieco obrane u góry, tak by zachęcić duchy przodków do przyjścia). Gdy stół był już całkowicie zastawiony na potrawach poukładano pałeczki (tyle zestawów ile osób chciało się uczcić) a do kieliszków wlano baekseju* (wino na bazie ryżu z dodatkami ziół i żeńszenia) a przed stołem zapalono kadzidełka.

image

*Baekseju – nazwa w dosłownym tłumaczeniu znaczy stuletnie wino, wielu wierzyło kiedyś, że dzięki jego spożyciu będzie się żyło 100 lat.

Kobiety cały czas pozostawały w kuchni, gdy mężczyźni, wraz ze mną ustawili się w trzech rzędach. W kolejności od najstarszych w pierwszym rzędzie. Jak nakazuje tradycja, zrobiliśmy dwa ukłony klękając na podłodze (z szacunku dla zmarłych robi się dwa ukłony, wobec osób żyjacych tylko jeden), po czym wypiliśmy nalany wsześniej alkohol. Po takim rytuale zwanym „jaesa”, trunek poza wartościami zdrowotnymi nabrał też wartości duchowych. W następnej kolejności zdjęliśmy potrawy z podstawek, jedzienie podzieliliśmy na mniejsze porcje oraz zasiedliśmy do jedzenia. Kobiety jadły osobno w kuchni, zauważyłem to jednak dopiero po skończeniu posiłku, bo wszystko odbywało się jakoś naturalnie. Głównym daniem na stole był wcześniej wspomniany „ddeokguk”, którego jedzenie wg koreańskiej tradycji ma nam przynieść pomyślność na cały nowy rok.

image

Godzina była jeszcze wczesna, kiedy z pełnymi brzuchami ogarneliśmy po posiłku. W tym samym czasie nadjechała inna część rodziny z małymi dziećmi. Dzieci rozszalałe wpadły do domu jak huragan poubierane w kolorowe „hanboki” (tradycyjne ubrania koreańskie). Ta energia, która je przepełniała nie wzięła się z nikąd. Wszyscy wiedzieli, że zaraz zacznie się najprzyjemniejsza dla dzieci część obchodów Seollal – wręczanie „saebetton” czyli kieszonkowego na nowy rok. Najstarsza siostra ojca mojego kolegi jednym okrzykiem zebrała wszystkich w salonie, rodzice usiedli na podłodze przed kanapą, a dzieci (te małe i te duże łącznie ze mną) ustawiły się w rzędzie na przeciwko by złożyć ukłon „saebe”, oddający szacunek starszym. Potem nastąpiła krótka nauka „jak żyć” i do naszych rąk posypały się kolorowe banknoty (zielone o wartości 10,000won – ok. 30zł dla uczniów szkoły podstawowej i gimnajum oraz dzieci już pracujących, żółtawe o wartości 50,000won – ok. 150zł dla studentów uniwersytetu – to tak wg wewnętrznej rodzinnej tradycji). Mnie udało się uzbierać 60,000won – ok. 180zł.

image

Jeszcze chwila odpoczynku i wyruszyliśmy do wsi położonej niedaleko Gwangju, gdzie znajdują się groby przodków ojca mojego przyjaciela. Po około 50 min. byliśmy już przy grobach położonych na wzgórzu, niedalego pól ryżowych. Koreańskie tradycyjne groby to usypane z ziemi garby, na których równo posiana jest trawa. Przed większością z nich ułożono granitowe stoliki z wyrytymi na nich imionami spoczywającego i jego miejscem na drzewie genealogicznym (wszystko w znakach chińskich). Na groby przyjechaliśmy po to by w ten sam sposób (jak przed chwilą w domu) złożyć pokłon zmarłym. Jednakże tym razem, po dwuktornym ukłonie alkohol nalany do kieliszków wylaliśmy na nagrobki, a obierki z owoców porozrzucaliśmy do okoła. Kłanialiśmy się łącznie po 2 razy przed nagrobkami czterech różnych przodków (przed kim i dlaczego już nie zdołałem wyliczyć, wszystkich grobów było bowiem około 20, nie było też okazji dokładnie o wszystko wypytać).

image

Jakieś 200m od tego małego cmentarzyka mieszkało starsze małżeństwo, dalsza rodzina. Zajmuja się oni rolą (urprawą warzyw i ryżu) jak również pielęgnują rodzinne groby. Po skończeniu „jaesa” przyjęli nas gorąco wystawnym obiadem. Nie da się chyba opisać wiejskiego jedzenia prosto z najsławniejszej kulinarnie prowincji Jeolla – niebo w gębie! Nasz relaks na wsi zakończył się jeszcze przed zachodem słońca, ale gdy wsiedliśmy do aut i dotarliśmy do Gwangju zapadł już zmrok.

Seollal to święto, które w Korei ma wyjątkowy klimat, szczególnie jeżeli spędza się go z kimś Ci bliskim. Ja tutaj znalazłem ludzi, którzy swoją obecnością i zaproszeniem do siebie potrafią sprawić, że czuję się jak w domu.

Następnego dnia wraz z przyjaciółmi wybraliśmy się na wycięczkę niedaleko gór Jirisan. Zjedliśmy tam przepyszną zupę z makaronem przygotowaną wg mnisich receptur (zupełnie wegańską) oraz zwiedziliśmy największą świątynię w okolicy – Ssanggyesa. Pogoda tego dnia zwariowała, odczuwalna temperatura dochodziła do 20°C. Na koniec dnia zać zafundowaliśmy sobie „hoe” koreańską posiekaną surową rybę (wersja sashimi) z Morza Południowego w porcie Samcheonpo (poniżej na zdjęciach).

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Advertisements

Tagi: , , , , , , , ,

komentarze 2 to “Rodzinne święta.”

  1. Tomasz M Swidzinski Says:

    az mnie skreca jak czytam o kraju ktory jest jeszcze bardziej seksistowski niz Polska, a zdawac by sie moglo, ze niemozliwe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: